1,618033988…

SEMIOGRAFIA 03

Z Moniką Aleksandrowicz rozmawia Marcin Karnowski
Wywiad opublikowany w  Fabularie nr 4 (9) 2015, s. 55, ISSN 2500-7281

 

W roku 2015 w ramach międzynarodowego przedsięwzięcia zatytułowanego Brumba – Jedność słowa z przestrzenią zapisu. Cykl wydawnictw liberackich realizowano na terenie Polski, Norwegii i Islandii szereg działań artystycznych, warsztatowych i społecznych. Jedną z uczestniczek projektu była Monika Aleksandrowicz, malarka, twórczyni interdyscyplinarna, projektantka wielu wydawnictw poświęconych sztuce, z którą udało nam się porozmawiać krótko po prezentacji jej książki w Norwegii.

 

Marcin Karnowski: Jesteśmy po spotkaniu autorskim w Oslo. Co sądzisz o konfrontacji z czytelnikami?

Monika Aleksandrowicz: Cieszę się, że tak dużo osób przyszło na spotkanie. W sumie prezentacja książki podzieliła się na 2. części – anglojęzyczną i polskojęzyczną.

 

MK: No właśnie, zainteresowanie było bardzo duże. Wczorajsza publiczność dopisała.

MA: Myślę, że tak liczną frekwencję można przypisać staraniom koordynatorki projektu w Oslo – Oli Misztur, notabene świetnej polskiej artystce wrośniętej już w środowisko norweskie. Zorganizowała prezentację w Kulturhaus Hausmania Kafe, nowo powstałej galerii sztuki, położonej w artystycznej dzielnicy Oslo. Pomógł również wywiad i prezentacja całego projektu w radio Oracle. Szczerze, czuję się zaszczycona tak świetnym przyjęciem i odbiorem mojej pracy. Okazuje się, że zainteresowanie tematem jest bardzo duże i to niezależnie od środowisk, z jakich wywodzą się odbiorcy. Liberatura intryguje i pozwala odkrywać nowe środki wyrazu.

 

MK: Jak ci się podoba Norwegia?

MA: Bardzo lubię takie miejsca jak Oslo, z wielu powodów… Cieszę się też, że miałam okazję zobaczyć kilka dobrych wystaw np. Damiena Hirsta. Na długo zostanie mi w pamięci. Otwartość Norwegów na kulturę nie pozostaje tu bez znaczenia.

 

MK: Jesteś artystką, która konsekwentnie podąża własną ścieżką. Poszukujesz własnej formy; są takie elementy w twych pracach, które spotkamy wyłącznie u Aleksandrowicz. Jak przebiegał proces krystalizacji twojego stylu, niepowtarzalnego języka?

MA: Sama nie wiem. Chyba wynika to z faktu, że zawsze mi mało.

 

MK: I już?

MA: Już (śmiech)

 

MK: Zapytam więc o konkretne działania. Porozmawiajmy chwilę o Stanisławie Dróżdżu. Jesteś autorką doskonałego projektu wydawnictwa początekoniec prezentującego twórczość ojca polskiej poezji konkretnej. Opowiesz o tym szerzej?

MA: Nie miałam okazji poznać Stanisława Dróżdza osobiście. Zaproponowano mi współpracę przy realizacji wystawy i katalogu wkrótce po jego odejściu. Bardzo żałuję, że się z nim minęłam. Słyszałam o Dróżdżu przy okazji rozmów w grupie artystycznej związanej z prof. Wandą Gołkowską i Janem Chwałczykiem, którzy wspólnie działali w niezależnej Galerii Pod Moną Lizą we Wrocławiu w latach 60. (założycielem galerii był Jerzy Ludwiński). Wówczas rzeczywiście artystycznie wrzało we Wrocławiu. Gotowało się wręcz od śmiałych koncepcji artystycznych; dużo teoretyzowało się na temat sztuki, aż w pewnym momencie powstała koncepcja dewaluacji przedmiotu sztuki w ogóle.

Przygotowania do realizacji wystawy Stanisława Dróżdża w Muzeum Narodowym we Wrocławiu trwały 7 miesięcy. Często do dyspozycji miałam jedynie szkice autorskie, zapisane długopisem pomysły lub materiały archiwalne z wcześniejszych ekspozycji. Kuratorką wystawy była Elżbieta Łubowicz i razem z nią konsultowałyśmy wszystkie powstające na nowo materiały z żoną artysty – Anną Dróżdż. To głównie ona stała na straży wierności odwzorowania koncepcji męża.

Zależało nam, aby książka precyzyjnie oddała sens jego twórczości, skupionej na słowie i przestrzeni. Forma wizualna jego artystycznej wypowiedzi była jednocześnie analizą rzeczywistości języka. W książce nie ma nieuzasadnionych marginesów, wolnych przestrzeni. Każda strona publikacji ukazuje konkretną pracę. Z rozmów z Anną Dróżdż wiem, że ta realizacja bardzo spodobałaby się autorowi.

 

MK: Odnoszę wrażenie, że twórczość autora pojęciokształtów wciąż pozostaje niedoceniona. Jaka jest Twoja opinia?

MA: Dla mnie prace Stanisława Dróżdża mają charakter aprioryczny, uniwersalny, istnieją poza czasem i przestrzenią. Są natomiast mocno ugruntowane w języku.

Dróżdż pisał w języku polskim i bardzo trudno jego twórczość przełożyć, a jednak istnieje słowo, które doskonale oddaje charakter jego pracy – metakomunikacja.

Nie jest on autorem łatwym – nigdy nie stanie się twórcą popularnym. Na szczęście! Pozostawia swoim odbiorcom swobodę interpretacyjną, pozostawia im wolną wolę. Pewnie nie wszyscy czują się w tej sytuacji komfortowo.

Czy jego twórczość pozostaje niedoceniona? Zdecydowanie tak. Wierzę jednak, że to się zmieni. Byłam świadkiem rozmowy w tramwaju, który akurat przejeżdżał przez plac Strzegomski we Wrocławiu, gdzie znajduje się Muzeum Sztuki Współczesnej. Na jego fasadzie umieszczono pracę z cyklu Klepsydra (Było, jest, będzie) Stanisława Dróżdża. Starsza pani zapytała osobę (najprawdopodobniej nieznajomą) siedzącą naprzeciwko, czy wie, co to jest? Klepsydra, usłyszałam odpowiedź, a później nastąpił pouczający wykład, w wolnej interpretacji. To cudowne, że sztuka Stanisława Dróżdża porusza do tego stopnia, że ludzie chcą o tym rozmawiać w tramwaju, z obcą sobie osobą.

Dla mnie praca przy realizacji książki i wystawy była przede wszystkim fantastyczną przygodą intelektualną.

 

MK: Zajmujesz się kilkoma gałęziami twórczymi, co pociąga Cię najsilniej?

MA: Lubię projektować książki i jednocześnie realizować się artystycznie.

Najlepiej wyszło mi to połączenie przy realizacji projektu Brumba.

Tęsknię czasami do tradycyjnego malarstwa, jednak życie zawodowe skutecznie wypełnia mój czas i oddala od realizacji kolejnego artystycznego planu.

 

MK: Dlaczego zdecydowałaś się na udział w projekcie Brumba?

MA: Bo to doskonała inicjatywa, która zakłada współpracę różnych środowisk artystycznych, co zazwyczaj przynosi zaskakujące efekty formalne. Projekt dał mi również szansę na realizację idei, która świetnie wpisywała się w ramy prac liberackich. Miałam pomysł na stworzenie pracy opartej na matematyce.

 

MK: Opowiedz o tym. Dlaczego stworzyłaś tę książkę? Po co jest Semiografia?

MA: Semiografia, słowo, które zapożyczyłam z języka włoskiego, odnosi się bezpośrednio do terminologii muzycznej. Uogólniając, jest to sztuka pisania znaków specjalnych. Semiografia adekwatnie opisuje to, czym ostatnio się zajmuję.

Myślenie o książce jako projekcie rozłożone jest w czasie. Wszystko zaczyna się od zamysłu, najczęściej kiełkującego od dawna; powstają pierwsze szkice, koncepcje graficzne…

 

MK: A później następuje etap realizacji, i trzeba te niemożliwe koncepcje wprowadzić w życie.

MA: (śmiech) Tak. I zaczynają się kłopoty. Do powstania Semiografii zużyłam 1,5 ryzy papieru. Książka wymagała myślenia całościowego. W jej przypadku znaczące było pierwotne założenie. Każda drobna zmiana w projekcie pociągała za sobą inne. Przewrotnie zastosowałam klasyczne, matematyczne środki do uzyskania niekonwencjonalnych rozwiązań. Zastosowanie liczby Phi do obliczeń proporcji – znanej już od starożytności i stosowanej w najróżniejszych dziedzinach, umożliwiło zbudowanie formy.

Konstrukcja oparta na bazie złotych proporcji jest ukłonem w kierunku tradycji projektowania książek w ogóle. Graficzny zapis znaków specjalnych zastosowanych w projekcie zupełnie odbiega od formalnych założeń budowania treści i sensu. Obiekt, znak graficzny wchodzi w relację z innymi obiektami, znakami – zmienia tym samym swoją formę – staje się już nowym obiektem, nowym znakiem. Zwielokrotnienie tego procesu zmienia jego pierwotny kształt, a w relacji z innymi nadbudowuje go, określa na nowo.

 

MK: Wiem, że w pewien sposób sukces Semiografii zależy również od aktywności „czytelnika”.

MA: Reguły gry adresat poznaje dopiero po zastosowaniu instrukcji zamieszczonej w książce. Idąc za wskazówkami, zagina poszczególne kartki wzdłuż linii przerywanych – wpływając na jej kształt – tworzy książkę, która staje się nowym obiektem.

Minimalistyczna forma może zaskakiwać. Zaprasza do odkrywania nowych sensów. Odbiorca, wchodząc z nią w relację, zgadzając się na propozycję gry, może poczuć się jak dziecko odkrywające zależności i reguły rzeczywistości książki.

Wydawnictwo ma wymiary 300 x 185,41 mm. Opiera się, jak już wspomniałam, na złotych proporcjach i liczbie Phi, która pozwoliła wyliczyć kolejne proporcje zastosowane w pracy. Linie przerywane – wskazujące miejsce zaginania stron – są liniami przebiegającymi przez punkty wspólne spirali i wierzchołków kwadratu. Poziome odbicie lustrzane tworzy z nich specyficzną siatkę będącą jednocześnie szablonem, według którego zbudowane zostały figury geometryczne nawiązujące swym kształtem do figur niemożliwych.

Publikacja jest tak zaprojektowana, by zginanie poszczególnych kartek tworzyło z pozostałymi stronami nowe, pasujące do siebie figury geometryczne.

Tradycyjna forma okazuje się tu bardzo trudną materią ze względu na środki techniczne wykorzystane do jej produkcji. Niezbędna była najwyższa precyzja wykonania. Zastosowano oprawę szwajcarską, bez klejenia okładki do grzbietu, co umożliwia pełne rozłożenie stron i dokładniejsze „odczytanie”.

Moja książka wydaje się pozbawioną emocjonalności sumą zimnych kalkulacji. Jest minimalistyczna i sterylna, a jednak przez ostatnich kilka miesięcy targały mną różne emocje i nie nazwałabym ich chłodnymi. Była to pasjonująca dociekliwość, sen wariata o formie idealnej, uproszczonej do granic możliwości, marzenie o opanowaniu struktury dzieła.

Wszystko wokół mnie zasypane było szkicami, poprawkami, poprawkami poprawek. Każda drobna zmiana pociągała za sobą przeprojektowanie reszty współgrających ze sobą elementów. Inność tej książki polega głównie na tym, że jest to wydawnictwo utopijne, niemożliwe. Technologicznie trudne i uciążliwe pod względem introligatorskim, jednak powstało. Cieszę się, że mogę się nią podzielić.

 

MK: Udało ci się. Semiografia jest imponująca. Onieśmiela i zachwyca rozmachem. Powstała w ramach większego przedsięwzięcia, lecz bez trudu obroniłaby się w pojedynkę. Co odróżnia działanie w ramach projektu od występów solowych?

MA: Solo nigdy nie jest tak wesoło. A tak poważnie – działanie w ramach większego projektu daje przyjemne poczucie przynależności, współpracy w realizacji zamierzonego celu. Istotny jest też ten kocioł, kiedy zupełnie różni ludzie spotykają się, by zrealizować wspólny plan. Czasami wrze od ścierania się rozmaitych koncepcji, odmiennych wizji i ideologii. Różnimy się i to jest najciekawsze i szalenie pouczające.

 

MK: Co jest dla ciebie najważniejsze w pracy twórczej?

MA: Standardowo – najbardziej pociąga mnie sam proces dochodzenia do celu. Pokonywanie trudności, przełamywanie barier – własnych i materii, w której się pracuje – sprawia największą radość i satysfakcję.

 

MK: Czego obawiasz się najbardziej, gdy pojawia się nowa idea? Myślę o momencie, gdy na dnie serca lub umysłu zaczyna kiełkować kolejny zamysł artystyczny?

MA: Najbardziej boję się tego, że mój pomysł nie zadziała. Wówczas wstępna idea może okazać się niemożliwa. Nie tylko w sensie realizacyjnym. Na początku myślenie o projekcie jest zawsze intuicyjne. Może wynikać bezpośrednio z wcześniejszych doświadczeń, ale nie zawsze musi. Takie nie ugruntowane pomysły są zawsze ryzykowne – ale także rewolucyjne i istotne.

 

MK: Czy Brumba to zamknięta sytuacja? Co udało się wynieść? Czy pojawiło się coś nieoczekiwanego, inspirującego w czasie trwania projektu?

MA: Formalnie projekt właśnie się kończy. Jednak faktycznie, sytuacje, które pojawiły się od marca do tej pory, wniosły bardzo dużo, zarówno w zakresie artystycznym jak i społecznym. W ramach projektu powstały prace liberackie, wyszła płyta nagrana w kooperacji grup 3moonboys i Panos from Komodo; Agata Borowa realizowała interesujący projekt angażujący społeczności z mniejszych miejscowości do tworzenia słownika wyrazów istotnych dla tych środowisk, a nie występujących nigdzie indziej (w innych regionach); grupa Massmix realizowała cykl warsztatów, podczas których prowadziła zajęcia z sitodruku, angażowała też lokalnych mieszkańców w działania streetartowe. To wszystko odbyło się w celu promowania działań liberackich w Norwegii, Islandii i wielu miastach w Polsce m.in. w Bydgoszczy, Warszawie, Wrocławiu, Krakowie i Lublinie. Koordynatorka przedsięwzięcia, Justyna Górska zdołała zapanować nad sprawnym przebiegiem poszczególnych działań. Nie spodziewałam się aż tak pozytywnego obioru. Nasze zaangażowanie w projekt i jego efekty przerosły moje oczekiwania. Cieszę się z tego.

 

MK: O czym będzie twoja nowa praca?

MA: Obecnie pracuję nad nowym projektem książki Wacław Szpakowski (1883–1973) Linie rytmiczne. Jest to monografia, która ma towarzyszyć wystawie prac Szpakowskiego. Propozycja współpracy ponownie wypłynęła od kuratorki i redaktorki książki Elżbiety Łubowicz. Sztuka Szpakowskiego to czysta matematyka.

 

MK: Życzę zatem owocnej pracy i dziękuję za rozmowę.

Comments are closed.